Nasze Ostromice piękne są, dumne są, nasze są....
Nasze Ostromice piękne są, dumne są, nasze są....

Wiersze - Władysław Justyn Łabuńko

Darzę słowa pisane niezwykłą pasją. Ludzie używają pisanych słów od tysięcy lat.           

Jako środek komunikacji - zapisujemy swoje pomysły, dzielimy się nimi z innymi

i przekazujemy przyszłym pokoleniom.

Pan Władysław-Justyn Łabuńko 2014 - nasz Ostromicki poeta (oczywiście w kapeluszu)
Pan Władysław Justyn Łabuńko 2014

 

 

Z GŁĘBI SERCA

 

Powiadają we wsi ludzie, że to bzdura, że nie moje,

Że to są spisane wiersze, że po prostu z innych doję.

A ja mówię wam kochani, kto tak mówi - serce rani,

Wbija zadrę w moją duszę, a że piszę - widać muszę.

 

Z głębi serca płyną słowa, jest w nich szum i lasu mowa,

Ptaków śpiew, beczenie owiec, wracające z łąki krowy,

Kuźni dźwięk, parskanie koni, w polu traktor jak na dłoni,

Jest młyńskiego turkot koła, wracająca z łąki pszczoła,

 

Wracające do gniazd ptaki, unoszące woń rzepaki,

Ujadanie psa nad ranem i pachnące łąki sianem.

Słychać dźwięk ostrzonej kosy, w słońcu schnące traw pokosy,

I kwiląca w górze czajka - nie chce zdradzić gdzie ma jajka.

 

Na pachnącej kwieciem łące, paź zaleca się biedronce,

Krąży w koło i co chwila, w słońcu skrzydła swe rozchyla,

Lecz biedronka, jak biedronka - starczy jej kwitnąca łąka,

Uleciała wprost do nieba, tyle szczęścia jej potrzeba.

 

I mi czasem jak biedronce, starczy niebo, woda, słońce,

Starczą w polu zboża snopy, by powstały wiersza strofy,

By powstało wierszy wiele, dla dorosłych i dla dzieci,

Tych, na co dzień, na niedzielę, zawsze jakiś wiersz się skleci.

 

Swoje wiersze piszę wszędzie - w polu, w pracy i w urzędzie,

Nawet, gdy swą żonę słyszę, wówczas także wiersze piszę.

 

I nawet, gdy po lesie urządzam swe spacery,

Niezgrabne kreślę słowa - na trzonku swej siekiery

 

Więc widzicie mili moi, od słów, rymów - aż się roi,

Więc czy muszę z innych zdzierać, starczy mądrze je pozbierać,

I ułożyć po porządku, by nie popsuć wiersza wątku.

Potem wylać z głębi duszy, na tysiące kart arkuszy,

Na papieru białe strony i gdy wreszcie wiersz skończony,

Gdy ostatnia strofa znika, oddać w ręce czytelnika.

 

Niech tam mówi, kto nie wierzy, że to nie są wiersze Władka,

Jedno mi na sercu leży - by uwierzył, Ojciec, Matka.

 

 

 

Wiersz napisał: Władysław Justyn Łabuńko (06.10.1992)

 

PSZCZÓŁKI  WIERCIPIĘTY

 

Jeszcze zagon mrozem ścięty,

Jeszcze rzeki lodem skute,

A już pszczółki „wiercipięty”

Brzęczą na wiosenną nutę.

                    Jeszcze rankiem od zachodu

                    Zimny wicher w polu duje,

                    A już pszczoła szuka miodu,

                    Pszczoła - pierwsza wiosnę czuje.

 

Idzie wiosna moi mili, nie zaczeka ani chwili.

Wstały pszczółki - robotnice, czyszczą gniazda i dennice,

Nad pasieką wciąż fruwają,

Pani Wiośnie - hołd składają !!!!

 

Lećcie pszczółki, lećcie śmiało, bo już słonko ze snu wstało.

Na pożytek temu światu, nazbierajcie pyłku z kwiatów,

                    Z drzew czereśni i jabłoni, z krzewów malin i aronii,

                    Z łanów obsianego pola, z maków, chabrów i kąkola.

 

A więc lećcie pszczółki śmiało,

Bo już słonko ze snu wstało.

Lećcie w pola, w wiejskie sady,

Pożyteczne z was owady.

                   

                    Przecież dzięki miodnej pszczole,

                    Mamy słodki miód na stole

 

Autor:  Władysław-Justyn Łabuńko    (Ostromice 27.04.2017r.)

POWRÓT WIOSNY

 

Uwolniło słonko z zimowej okowy

Zaśnieżone pola, lodem skute rowy.

Słychać chlupot wody z wartkiego potoku,

Wraca do nas wiosna - jak każdego roku.

 

Wczesna, ciepła wiosna, wszystkich wokół cieszy,

Budzą się zwierzęta z zimowych pieleszy,

Chociaż jeszcze mroźno w marcowe poranki,

Budzą się na wierzbach wierzbowe kocanki.

Zbudziły się także bazie na leszczynie,

Błyszczą w słońcu jak korale, na młodej dziewczynie.

 

Przebudzona żaba w przy łąkowym rowie,

Bierze kąpiel w zimnej wodzie - ta musi mieć zdrowie.

Nawet lis - Nikita - ten co gąski chwyta,

Wylazł rankiem ze swej nory i o wiosnę pyta.

 

A na sośnie - dzięcioł dziobem w konar wali,

Niczym w kuźni kowal, swym młotem ze stali,

Zaś wyżej wiewiórka, na wierzchołku sosny,

Też wyjrzała ze swej dziupli, by poszukać wiosny.

 

Wysoko na niebie, niczym na zawody,

Ciągną kluczem dzikie gęsi, na stojące wody.

Po bagnistym stawie, siwy żuraw brodzi,

Też oznajmia swym klęgorem, że wiosna nadchodzi.

 

Za żurawiem - czapla, brodząc rzez mokradła,

Puszy pióra na swej głowie, że pierwsza odgadła.

Na polu pod miedzą, dwa zające siedzą,

Mrużą ślepia w jasnym słonku, także wiosnę śledzą.

 

Nawet sarna płowa, w gąszczu się nie chowa,

Wyszła z lasu na polanę, zbadać: co jest grane?

A na trawnej górze, gdzie czapli ostoja,

Słychać głos puchacza, lelka - kozodoja.

Zaś głęboką nocą, gdy się gwiazdy złocą,

Słychać głos jenota i dzikiego kota.

 

O świcie, po rosie, brodzą dzikie łosie,

Widać jak na dłoni, że ich wiosna goni.

Przed nadejściem lata, łania rosochata,

Zmienia suknię płową, na bardziej szałową,

Nawet niedźwiedź w norze, dłużej spać nie może,

Wylazł ze swej jamy - bo już wiosnę mamy!

 

Tylko sroka - plotkara, na przydrożnej kuźni,

Skrzeczy! jak najęta, że się wiosna spóźni.

Zapiał wiejski kogut w kurniku na grzędzie:

Co tam głupia sroka - ta zawsze jest w błędzie,

My - wiejskie koguty, najlepiej się znamy,

Kiedy po złej zimie, wczesną wiosnę mamy.

 

Zagulgotał indyk: - widzicie go, jaki?

Cóż wiedzą o wiośnie tak głupie kuraki.

Naindyczył się przy tym, nastroszył swe pióra,

I stwierdził stanowczo - że wszystko to: bzdura !

 

Odezwał się siwek, przy wiejskim kieracie:

Widzę, że oboje na tym się nie znacie.

Wiosna, moi mili, - wróci, jak co roku,

Kiedy w moim żłobie, zabraknie obroku.

 

W oborze krasula zapewnia swe cielę,

Że wiosna powróci w palmową niedzielę,

A teraz - niestety - gdy chłodno na dworze,

Musimy pozostać do wiosny - w oborze.

 

Na żerdzi, przy studni, przed słońca zachodem,

Sikora - bogatka, ostrzega przed chłodem,

Świergoli bez końca, że w koło się chmurzy,

Że się nie obędzie bez grzmotów i burzy.

A na starym buku, słychać ciągle: - ku, ku,

To kukułka kuka, gniazdka sobie szuka.

 

Nad polnym zagonem, kiedy słonko wstaje,

Maleńki skowronek, też swój koncert daje.

A w sadzie na gruszy, szpak swe piórka puszy,

I gwiżdże wesoło, że już wiosna w koło

 

A wiosna wróciła, - rozplotła warkocze,

Już słychać jak w górze, jaskółka szczebiocze,

I płynie po niebie jej szczebiot radosny,

Wróciła jaskółka - pierwszy zwiastun wiosny.

Wrócił także bociek, na słomianą strzechę,

Mają dzieci we wsi, nie małą uciechę.

 

Wszyscy się radują z wiosennych promieni,

Widać, jak na polach zboże się zieleni,

Nawet żółty jaskier na bagiennej łące,

Zbudził się i czeka na wiosenne słońce.

 

 

Tylko śnieżny bałwan, przed chatą w ogrodzie,

Schował się przed słonkiem i marzy o chłodzie,

A spod śnieżnej czapy, z bałwana - lebiegi,

Śmieją się w ogródku, białe przebiśniegi,

Sądzą, że niebawem od takiej rozgrzewki,

Pozostanie po bałwanie - tylko nas z marchewki.

 

Niesie echo groblą, wesołą piosenkę,

Niosą dzieci topić, zimową panienkę,

Zmoczyli Marzannę we rwącym potoku,

Wróci do nas zimą - jak każdego roku

 

 

 

Wiersz napisał: Władysław Łabuńko (04.04.2002.)

 

GDZIE TEN DZIECINNY ŚWIAT

 

To wieś mnie wychowała jak Matka, - wykarmiła,

Do serca miodu wlała, od nieszczęść mnie chroniła.

 

Pamiętam wsi zapachy, z moich - dziecięcych lat,

Pokryte strzechą dachy i maki wokół chat.

 

Pamiętam swoją Matkę, przysmaków pełen stół,

Przy grobli - kozę „Łatkę” i roje miodnych pszczół.

 

Pamiętam zapach chleba, gliniane wiejskie piece,

Kwitnące w sadzie drzewa i Ojca przy pasiece.

 

Drewniane, wiejskie płoty, w zimowej śnieżnej bieli,

Drzemiące w izbie koty i Matkę przy kądzieli.

 

I siwka przy kieracie i stado mlecznych krów,

Obsianych pól połacie - obrazy jak ze snów.

 

               Gdzie są dziś tamte lata, gdzie ten dziecinny świat,

               Pokryta strzechą chata i cichy, wiejski sad?

 

               O Panie - Władco Nieba, pozwól mi chociaż w snach,

               Skosztować z dzieży chleba, wrócić - pod tamten dach.

 

 

Wiersz napisał: Władysław Justyn Łabuńko (14.11.1999)

NIE MA JAK NA KOŃSKIM GRZBIECIE

 

Ja dla konia zrobię wszystko,

Jak przy dziecku, będę blisko,

Bezustannie w dzień i w nocy,

Będę koniu - ku pomocy.

 

I gdy tylko będzie trzeba,

Sięgnę koniu gwiazdkę z nieba,

Dam mu owsa na półmisku,

Wycałuję go po pysku

I jak swojej ślubnej żonie,

Splotę warkocz, na ogonie.

 

Co tam jakieś samochody,

Corsy, Mazdy i Toyoty,

Koń - do dumy ma powody!

A samochód - to kłopoty.

 

I cóż z tego, że lśni w słońcu,

Że zrobiony z twardej stali

I tak się popsuje w końcu

A koń pójdzie - choć nawali !!!

 

Niech więc inni mają bryki,

Rozjeżdżają się po świecie,

Mi się marzą dwa koniki,

Nie ma jak na końskim grzbiecie!

 

 

NASZA RITA

 

A nasza Rita jest znakomita w każdym calu,

Nie ma takiej drugiej - nawet na Uralu.

Sama sobie drzwi zatrzaśnie, jeśli zechce światło zgaśnie.

Jest naprawdę bardzo cwana, nie dopuści i Ułana,

Nie usiądziesz na jej grzbiecie,

Gdy spróbujesz - wnet cię zmiecie.

Nie ma na nią żadnej siły, różne miałem już kobyły,

Wszystkie były wielkim zerem;   Rita!!! - to koń z charakterem.

 

 

Napisał: Władysław Justyn Łabuńko - Ostromice 12.05.2004.

 

GWIEŹDZISTY  WÓZ

 

Jest na niebie duży wóz,

Kto go na niebiosa wniósł?

Wciąż się głowią pokolenia,

To jest nie do uwierzenia!

Trzeba chłopa jak Herosa!

By wóz wciągnąć na niebiosa.

 

Nie wierzycie - spójrzcie w górę,

Na tą z gwiazd złożoną furę.

Ma przód, tył i cztery koła,

Dyszel ma na przedzie czoła.

Jednak dziwna to kareta,

Nie ma koni i Stangreta.

 

Zaraz - zaraz, - co ja piszę?

Tętent końskich kopyt słyszę,

Są i konie w tym zaprzęgu,

Spójrzcie tam! - na widnokręgu,

Gdzie gwieździste nieba szlaki,

Te trzy gwiazdy - to rumaki,

 

A ta czwarta - bladolica,

Ta najmniejsza - to woźnica,

Z batem w ręku, spójrzcie,

Siedzi tam na łęku,

I pogania gwiezdne konie,

Po gwieździstym nieboskłonie.

 

O tam! - pędzą! - mleczną drogą,

Stangret w koźle z miną srogą,

Po mistrzowsku strzela z bata,

Rwie do przodu klacz srokata,

 

„Andromeda” się nazywa,

Spójrzcie, jaka śnieżna grzywa,

I podkowy - kute z lodu,

To „licówka” - idzie z przodu.

A tuż za nią - klacz srebrzysta,

Ta najbardziej narowista!

Niespokojna i niestała,

Ciągle by galopowała.

 

„Afrodyta” się nazywa,

Tej najczęściej się obrywa,

Bo wciąż szarpie się i złości,

Więc dlatego jest w zaprzęgu

Jako druga w kolejności.

 

Lecz najbardziej ukochaną,

Przez Stangreta uwielbianą,

Jest ta trzecia - klacz najmniejsza,

Z wszystkich trzech najspokojniejsza.

Ta nazywa się „Merkury”,

I choć drobnej jest postury,

Bardzo szczera jest w zaprzęgu,

Właśnie ją - na widnokręgu,

Widać, jako tą najmniejszą,

Ale za to - najjaśniejszą.

 

Myśl tego wiersza zrodziła się przy gwieździstym niebie

podczas nocnego dyżuru na moście w Niemicy.

 

Napisał: Władysław Justyn Łabuńko - ( Niemica, 27.12.2011 )

 

"Ostromiczanie" 
Koło Wiejskie

data założenia 14.01.2014.

(stowarzyszenie zwykłe)

NIP  9860240151

Regon  321490079

Bank Spółdzielczy Wolin

45 9393 0000 0018 1640 2000 0010

Nasze młode trzy bociany - 2014.
Wersja do druku Wersja do druku | Mapa witryny
© Ryszard Mierzicki